Wiążemy czerwoną kokardkę, a bezkrytycznie trujemy antybiotykami


Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
Skąd się zaczęło moje zainteresowanie ziołami i naturalnymi metodami domowego leczenia?

Francuski pisarz Voltaire (Wolter) powiedział kiedyś żartobliwie, że lekarz to człowiek, który nie znane sobie leki pakuje do jeszcze mniej mu znanego organizmu. Choć w dzisiejszych czasach to powiedzenie straciło swój sens, to myślę, że w dużej mierze jest nadal bardzo aktualne.  Mimo wielkich postępów lecznictwa często słyszę od znajomych, że lekarze tak na prawdę nie wiedzą co dziecku jest, a podawane przez nich leki leczą tylko objawy i choroba wraca jak bumerang.

Dlaczego, gdy tylko dziecko ma katarek biegniemy do apteki, a najmniejsze przeziębienie dławimy lekami chemicznymi pozbawiając dziecka możliwości budowania własnego systemu odpornościowego?

Skąd ta nieuzasadniona i wciąż jeszcze w nas pokutująca niewiara w lekarzy, która dawno już powinna była zniknąć? Różne się na to składają przyczyny. Trudno wymagać od chorego na nieuleczalną chorobę, aby zdobył się na całkowitą bezstronność. Trudno wymagać, aby cieszyły go olbrzymie zdobycze współczesnej medycyny, podczas gdy dla niego nie ma ratunku. 
Czy możemy się dziwić, że nie znajdując pomocy u lekarzy chory narzeka na jego niedołęstwo i szuka pomocy u rozmaitych tajemniczych uzdrawiaczy, znachorów i „wschodnich” lekarzy? 

Wydaje się, że sprawę ziołolecznictwa i naturalnych metod leczenia traktujemy zbyt jednostronnie. Gdy o tym słyszymy, to wywołuje "uśmieszek" na naszej twarzy, widzimy w tym jedynie dowód ciemnoty i ostatecznego ratunku, a nie dostrzegamy, że stosują to na co dzień ludzie inteligentni i wykształceni. 

Czytałam, że pewna aktora, osoba wykształcona i mądra, zawiązała swej córeczce czerwoną kokardę „od uroku”. Zapytana, czy wierzy w uroki, odpowiedziała: - Nie wierzę, ale gdyby panu poprzednio zmarło dwoje dzieci w młodym wieku, sam by pan nałożył trzeciemu taką wstążeczkę. Walczymy z przesądami, ale tylko człowiek bezwzględny, nie wnikający w serce matki, mógłby to ironicznie skomentować. A ile z nas wiązało przy wózku swojego dziecka czerwoną kokardę „od uroku”?


Fot. Pixabay / CC0 Public Domain



W życiu codziennym obracamy się w kręgu nowych technologii, urządzeń i zaawansowanych rozwiązań technicznych, które pomagają nam w życiu codziennym, porządkujemy otaczającą nas rzeczywistość i przyrodę. W walce z nią pozbyliśmy się bezsilności i strachu dzikusa. Ale nie zniknęły one całkowicieWybuchają w chwilach, gdy chodzi o zdrowie nasze lub naszych najbliższych. Jak pierwotny dzikus zawieszamy wtedy dzieciom kokardki, biegniemy do lekarza i bezkrytycznie stosujemy wszystko co nam przepisze, a co jest najsmutniejsze w tym, że baaardzo często są to antybiotyki, zabijając tym samym system odpornościowy organizmu.

Może warto czasem się zatrzymać i pomyśleć, jeśli obecna medycyna używa najrozmaitszych źródeł w tym naturalnych dla uzyskiwania leków chemicznych, to dlaczego nie mielibyśmy stosować najstarszych leków ludzkości? 
Cały świat jest apteką - to powiedzenie Paracelsusa nie straciło na swej aktualności. 

To właśnie jest moją lekcją: ziół i naturalnych metod leczenia używam rozsądnie, nie przeciwstawiając ich lekom chemicznym, pozwalając jedynie dziecku na swoisty „trening” przyszłego układu odpornościowego, a wspierając funkcjonujący układ immunologiczny u dorosłych.


Fot. Pixabay / CC0 Public Domain

Brak komentarzy:

Laika. Obsługiwane przez usługę Blogger.